wtorek, 10 kwietnia 2018

Czy dzieci potrzebują granic?

            Temat granic zdominował w ostatnim czasie publikacje na temat wychowania oraz relacji z dziećmi w ogóle. Długo zastanawiałam się, jak go tutaj ugryźć, żeby nie serwować Wam czegoś, co już dawno wiecie lub co będzie wtórne do tego, co można w wielu źródłach przeczytać. Postanowiłam w końcu, że po prostu opiszę jak to jest u nas, bo mam wrażenie, że całkiem fajnie nam w tym obszarze idzie i może kogoś zainspiruję.

Czym nie są granice?
            No właśnie, czym dla mnie są i jak chcę je wplatać w nasze życie codzienne? Uważam, że dziecko potrzebuje granic, ale nie takich, jak się je powszechnie rozumie. Otóż granic rozumianych  tak, że są czymś dziecku narzucanym – w złości, z wykorzystaniem nierównowagi sił, by wymóc jakieś zachowanie lub brak zachowania – dziecko nie potrzebuje. Do niczego, a na pewno nie do rozwoju. Nie potrzebuje ich także po to, by wyrosnąć na porządnego człowieka. Ani po to, żeby nauczyć się szanować rodziców. Ani po to, by być dobrym człowiekiem. Ani też po to, by umiało funkcjonować w społeczeństwie. A takie argumenty właśnie zazwyczaj od rodziców słyszę. Do tak rozumianych granic zaliczam takie sformułowania, jak:
- Nie krzycz, bo nie wolno krzyczeć w aptece
- Nie dam ci kredek, bo mażesz nimi po ścianie
-Nie wstaniesz od stołu aż nie zjesz                                             
- Ile razy ci mówiłam, żebyś nie ruszała pilota od TV? Nie wolno ci go ruszać!
-Daj dziewczynce foremkę, trzeba się dzielić
-Uderzyłeś mnie, jesteś niemiły, więc nie będę się z tobą już dzisiaj bawić
-Idź do pokoju i wróć jak się uspokoisz
- Przeproś natychmiast babcię
- Nie wezmę cię więcej do sklepu, bo byłaś niegrzeczna
…i tak dalej i tak dalej. Tego u nas w domu raczej nie ma, a jeśli się zdarza, to w momentach tak zwanego jechania na oparach, kiedy nie mam już własnych zasobów do wykorzystania – czyli kiedy jestem niewyspana, zła na jeszcze coś innego niż zachowanie dzieci, spieszę się, nie zorganizowałam się właściwie i mam lawinę małych „fakapów” albo jestem po prostu w gorszej kondycji fizycznej (np. choroba) albo psychicznej. Wtedy nie mam siły ani ochoty na wkładanie jakiejkolwiek pracy w relację z dzieckiem i mówię coś w stylu „Oddaj to, jak nie umiesz się tym bawić tak, żeby nie zepsuć, to nie będziesz się w ogóle bawić”. No dumna z siebie wtedy nie jestem…


W domu Sary G.
            Jak to więc (zazwyczaj) u mnie bywa? Od samego początku, pewnie zanim Sara skończyła  roczek, jakieś 90% granic „załatwia” mi to, co sobie roboczo nazywam kreowaniem otoczenia. Wierzcie mi lub nie, ale te metoda uratowała mnie od wielu, wielu ataków furii czy histerii, a w dodatku jest niezwykle rozwijająca… dla rodzica! Polega ona głównie na antycypacji. Nikt nie zna naszych dzieci tak, jak my sami – czasem wiemy co zrobią z otwartą kosmetyczką zanim jeszcze na nią spojrzą ;) Mając więc tę wiedzę i doświadczenie, możemy działać niezwykle skutecznie. U mnie polega to na tym, iż staram się minimalizować sytuacje potencjalnie konfliktowe – bo jak już konflikt jest, to mając 2-latka w domu, często niewiele można zrobić. Cała sztuka więc to niedoprowadzanie do konfliktów w miejsce gaszenia  już istniejących pożarów – oczywiście na tyle, na ile się da – ale często da się ogromnie wiele.
            Po pierwsze – usunięcie z pola zasięgu, a najlepiej i wzroku, rzeczy zakazanych. Zamiast „oddaj mi smoczka” (bo nie chcę żeby Sara używała smoczka w dzień) – rano przed wyjęciem jej z łóżka daję pić z bidonu (musi sama wyjąć smoka), a smoczka zwinnym ruchem wrzucam na wysoką półkę i leży tam do drzemki/kolejnej nocy. Wierzcie mi, że zabranie jej smoczka w dzień to na 100% konkretna awantura – przetestowane. Podobnie z jedzeniem, na które się zafiksuje – musy owocowe zamieszkały nie tylko w wysokiej szafce, ale i w koszyku, żeby przypadkiem nie zobaczyła ich podczas otwierania szafki w innym celu, a podwieczorek na zajęcia w przedszkolu pakuję czasem w łazience, żeby nie zauważyła, bo płacz i „Siaja chce bananaaa!!” gwarantowane. Patrzcie jakie pole do kreatywności – jak zabezpieczyć, schować, usunąć przedmioty, wokół których dochodzi u Was do konfliktów?
            Po drugie, staram się nie doprowadzać do nakręcenia. Znów – znam swoje dziecko świetnie i od razu zapala mi się czerwona lampka, gdy coś co jeszcze wygląda na super zabawę z babcią, zamienia się stopniowo w tzw. szajbę. A szajba to przedsionek histerii z błahego powodu – bo głowa już przegrzana i wystarczy się uderzyć, nawet lekko, żeby organizm dał upust emocjom. Staram się wtedy namówić babcię do zmiany zabawy na spokojniejszą lub zrobienie przerwy w ogóle. Babcia poukłada puzzle z dzieckiem, dziecko wraca do równowagi i nie muszę nakazywać Sarze żeby przepraszała babcię ;) W podobny sposób funkcjonuje pozwolenie Sarze na zabawę czymś, czym tak naprawdę nie mamy ochoty żeby się bawiła – wystarczy raz i to jest koniec. Wpadkę zaliczyliśmy w ostatnie Święta Wielkanocne. Sara zaległa na dłużej w łazience u dziadków i robiła przegląd ogólnie dostępnych kremów i innych mazideł znajdujących się na szafce w jej zasięgu. Odkręcała po kolei wszystkie tubki, smarowała się, wyciągała kolejne…  wszystko pod okiem babci, która wtedy akurat miała czas żeby ją nadzorować. Tyle, że u dziadków jesteśmy często i wiedziałam, że nawet jednorazowe pozwolenie na tak atrakcyjną dla dziecka, a niewygodną dla dorosłych, zabawę może skończyć się tylko źle. Zabrakło granicy, czyli mojego lub babci „Nie chcę żebyś się tym bawiła, te kosmetyki mogą być niebezpieczne dla dzieci” – i wyjścia z łazienki. Oczywiście, tydzień później u dziadków, próba przerwania tej samej zabawy zakończyła się już strasznym płaczem. Po czym poznajecie, że dziecko zbliża się do zbyt wysokiego pobudzenia i jesteście o krok od konfliktu? Jak obniżacie to napięcie?
            Po trzecie, jeśli już chcę postawić granicę, bo nie udało mi się zapobiec trudnej sytuacji, jak to robię? Mówię o sobie, o swoich uczuciach i potrzebach. Wydaje mi się, a nawet jestem tego dość pewna, że tylko taka komunikacja rodzi otwartość na siebie nawzajem. Pomyślcie, jak inaczej się czujecie w sytuacji, gdy kolejny raz spóźniliście się na spotkanie i przyjaciel mówi 1) Jesteś totalnie nieodpowiedzialną osobą, masz gdzieś wszystkich ludzi i myślisz tylko o sobie. Nie będę się już z tobą nigdzie umawiał; oraz 2) Czułem się okropnie siedząc tu sam tyle czasu. Było mi naprawdę przykro i stresowałem się, czy wszystko z tobą OK. W której sytuacji wasza pierwsza myśl, to „Ojej, postaram się już nigdy więcej nie spóźniać na spotkania z nim. Jak mu teraz poprawić humor?” ? No właśnie, dzieci działają tak samo, empatia uruchomi się tylko wtedy, gdy nie musimy się bronić lub walczyć. Gdy Sara przesadza w zabawie i np. nas szczypie, to mówimy „Nie szczyp mnie, nie lubię tego” a jeśli szczypie dalej przerywamy zabawę i „Nie mam ochoty się z tobą teraz bawić, to nie jest dla mnie miła zabawa”. Podobnie, gdy bierze np. nożyczki – „Oddaj nożyczki, boję się, że coś możesz sobie nimi zrobić” lub krzyczy na klatce w naszym budynku – „Nie lubię jak tak tutaj krzyczysz, myślę, że przeszkadza to naszym sąsiadom – może niektórzy śpią?”. Tak formułowane komunikaty, bez piętnowania dziecka, bez przyklejania mu łatek, otwierają dziecko na zmianę zachowania a nie sprawiają, że obwarowuje się w swoim nieakceptowanym przez nas zachowaniu.
            Spora liczba stawianych przeze mnie granic polega na tłumaczeniu rzeczywistości. Kiedyś słyszałam wiele komentarzy, że tak dużo mówię do swojego dziecka i zastanawiałam się, czy oby nie za dużo. Widzę jednak, jak to pięknie procentuje, gdy „podsłuchuję” bawiącą się Sarę, która mówi pod nosem do zabawki „Nie jedz grzyba, grzyby mogą być trujące!”. Wszystko, co mówimy, zostawia w dzieciach ślad i najważniejsze granice dla nich to nasze własne zachowanie i nasz własny przykład, a nie to, co do nich z pozycji mądrzejszego mówimy – jak tam, czy to było wspierające czy dobijające ;)? Podzielę się z Wami znów cytatem Agnieszki Stein, bo bardzo mi tutaj pasuje – to cała prawda, czy tego chcemy czy nie! 

"Rodzicielstwo to głównie ogarnianie siebie"






czwartek, 1 marca 2018



Zredukuj stresory, uspokój się – tylko jak?!

     Ostatni wpis dotyczący pracy nad samoregulacją spotkał się ze sporym zainteresowaniem i wielu z Was zapaliło się do wcielania tej idei w życie – kuję więc żelazo póki gorące i postaram się dostarczyć Wam nowych inspiracji i wskazówek praktycznych. Tym razem rozważania o tym, jak się uspokoić raczej niż eksplodować, czy to w trudnych sytuacjach czy momentach w życiu w ogóle.
     Metoda Self-Reg, której istota skupia się wokół samoregulacji właśnie, działa według 5 kroków. Prześledźmy sobie sytuację, która mnie ostatnio spotkała i w której zachowałam się tak, jak bym tego chciała. Omówię tylko pierwsze 3 kroki, żeby móc skupić się na tym, o czym jest ten wpis – czyli redukcji negatywnego pobudzenia, dojściu do równowagi. A było tak: 

Po ciężkim poranku, kiedy to wyszłam z domu mimo złej pogody, bo Sarze z nudów, jak to mówię, paliły się styki (brawo ja, pomogłam dziecku w samoregulacji zamiast karcić je w domu za złe zachowanie!), położyłam obie panny spać. O ludzie, jaka ulga!! Synchronicznie zasnęły, cud i przypadek jeden na milion! Wsypuję kawę do ekspresu, w głowie milion planów na ten zasłużony wolny czas – czas regeneracji. Aż tu nagle widzę na podglądzie (Sara ma kamerkę w pokoju), że młoda wstała i robi kupę w pieluchę. Weszłam więc do pokoju, żeby ją przewinąć, a ona nie wiadomo dlaczego w płacz i krzyk: Nie chcesz na nocnik, nie chcesz na nocnik, na nocnik nieee!!! Na nic moje próby wyjaśnienia, że nikt jej tego nawet nie proponuje (bo niby po co na tym etapie „dzieła”?). Wijącą się Sarę próbuję położyć na dywanie żeby zobaczyła, że chcę tylko zmienić pieluchę, tłumacze, przekonuję ... I słyszę krzyk z salonu – to Helena, odgłosy dantejskich scen z pokoju Sary obudziły ją i strasznie płacze. Mamy więc histeryzującą nie-do-końca-czystą dwulatkę rozebraną do połowy, której nie mogę puścić, póki nie przebiorę i wrzeszczące niemowlę w bujaczku. I ja pośrodku tego wszystkiego. Naprawdę byłam wściekła. Gdzie moja kawa, gdzie skończenie książki?! Udało mi się jednak wrócić do równowagi i nie wyjść trzaskając drzwiami. Posadziłam Sarę w wannie i poszłam po Helenę, która zadowoliła się rolą świadka w procesie przewijania Sary i z ciekawością na nas łypała, a mi się chciało bardziej śmiać niż kląć pod nosem. 


Przeanalizujmy jak to się stało, że wszyscy przeżyli, a ja spokojnie wypiłam kawę 20 minut później- wprawdzie już w towarzystwie Helenki a nie Eleny Ferrante i jej świetnej serii o Neapolu, zgodnie z filozofią Self-Reg i je trzema z pięciu kroków:

1. Odczytaj sygnały i przeformułuj zachowanie w kontekście stresu. To znaczy, zadaj sobie pytanie: po czym poznaję, że jestem na granicy wytrzymałości? Jakie moje zachowania czy myśli mi o tym mówią? To bardzo ważne. Zidentyfikowanie tych symptomów pozwala nam na szybkie włączanie trybu samoregulacji, co czyni ją bardziej skuteczną. Kiedy uda nam się odczytać te sygnały, przeformułujmy je z negatywnej oceny samego siebie lub naszych bliskich na kategorie stresu, przeciążenia trudnymi bodźcami. W powyższej sytuacji zrobiłam to tak: robię rzeczy szybko, powierzchownie, nerwowo – robiąc kawę przewróciłam solniczkę, kopnęłam w krzesło, upuściłam łyżeczkę – jestem wykończona pierwszą połową dnia, potrzebuję regeneracji. Na widok Sary, która wyszła z łóżka w wiadomym celu, doznałam uczucia niewspółmiernie silnego do rzeczywistej sytuacji – coś jak fala złości, mocna i chwilowa – nie mam zasobów na tą sytuację! W momencie próby dogadania się z krzyczącą Sarą na dźwięk płaczu Helci z salonu – uczucie blokady, jeszcze chwila i przeszłabym w tryb „robot”, tzn. bez słowa na siłę przewinęła Sarę i pozwoliła Helci płakać póki nie skończę. U mnie ten tryb wyłączenia emocji oznacza już bycie na skraju wytrzymałości i teraz z łatwością go wyłapuję, by jakoś o siebie zadbać i z niego wyjść, wcześniej nie umiałam sobie z nim radzić. Każdy z nas w tym kroku Self-Reg dojdzie do innych odkryć, bo nie ma uniwersalnej zasady objaw – jego znaczenie. Po czym poznajecie, że powoli zbliża się Wasza granica i należy zadziałać, by jej nie przekroczyć?
2. Zidentyfikuj stresory.  Przeanalizuj więc i nazwij sobie, co konkretnie pozbawia Cię zasobów. Na co jesteś szczególnie wrażliwy, co pożera Twoją energię? W opisanej sytuacji moje stresory to: wymęczenie psychiczne trudnym porankiem, zmęczenie fizyczne  (wierzcie mi, że ubranie dwójki dzieci przy temperaturze -5 na spacer, gdzie jedno odmawia współpracy a drugiemu gorąco w kombinezonie, więc zaczyna płakać, to prawie jak sporty ekstremalne), hałas (jedna krzyczy ze wściekłości, druga z rozpaczy), niska odporność na płacz malucha – zazwyczaj reaguję od razu, a teraz nie mogłam, poczucie braku kontroli – w ciągu 2 minut zapanował zupełny chaos, myśli pojawiające się w głowie: nie tak miało wyglądać moje popołudnie, bez sensu to wszystko, po co mi to było, nie daję z tym już rady, ktoś mi musi pomóc, chrzanię to… i inne, nie nadające się już do publikacji ;)
3. Zredukuj stresory. Często stresorów nie da zupełnie wyeliminować, ale z powodzeniem można je redukować. Ta redukcja właśnie prowadzi do powrotu do równowagi, zadbania o siebie, zaspokojenia  potrzeb i zareagowania konstruktywnie. Zamiast więc walczyć ze swoją nieakceptowaną reakcją (znów wrzeszczę na dzieci) na zasadzie samokontroli, która wciąż zawodzi, możemy zatrzymać się na chwilę i przeanalizować sytuację tak, jak w pierwszych dwóch krokach, a następnie spróbować zaradzić coś, co zredukuje nasze napięcie. Mi nie udało się, oczywiście, zredukować wszystkich stresorów, które wyżej wymieniłam, jednak działania, które podjęłam były wystarczające, aby przy pomocy samoregulacji uspokoić się przy jednoczesnym zadbaniu o potrzeby dzieci. Tak więc, by zmniejszyć hałas dałam spokój Sarze i zaniosłam ją do wanny – uwielbia stać w wannie, przestała więc  krzyczeć i przyniosłam Helcię do łazienki. Aby uspokoić gonitwę wściekłych myśli zastosowałam metodę, która świetnie się u mnie sprawdza, czyli spojrzałam na sytuację z lotu ptaka, tak jakbym ją komuś opowiadała po kilku dniach. Zauważyłam jakiś czas temu, że trudne sytuacje, w których ponoszą mnie nerwy, z perspektywy czasu wydają się zazwyczaj śmieszne – dlaczego więc tej perspektywy nie uruchomić już w czasie ich trwania? Zobaczyłam więc Sarę krzyczącą jakieś niezrozumiałe rzeczy o nocniku, zobaczyłam siebie próbującą ją położyć na dywan, w tym czasie budzi się Helcia – no niezła komedia, czyż nie ;)? Metod na samoregulację jest tak wiele, jak wielu jest ludzi ich poszukujących (wrócę do tego tematu za jakiś czas, gdy będę Wam chciała poopowiadać o obszarach stresu), jeśli o mnie jednak chodzi, poczucie humoru to moja najlepsza broń przeciwko demonom chcącym zabrać mnie w otchłań emocji i zachowań, których potem żałuję.

               Jak może widać na powyższym przykładzie, istotą pracy nad samoregulacją jest filtrowanie sytuacji, z którymi przychodzi nam się mierzyć, przez zupełnie nowe kategorie. To samo zachowanie, moje czy dziecka, zyskuje zupełnie inne znaczenie, kiedy przeanalizuję je pod kątem stresorów – a wtedy droga do redukcji to często już tylko formalność. No dobrze, przesadziłam. Raczej jest tak, że gdy wiemy jakie stresory wywołują konkretne zachowanie, które nam się nie podoba, zyskujemy świadomość, że ktoś nie jest po prostu niegrzeczny, niemiły, podły, ale podskórnie wiemy już, co zrobić żeby pomóc mu ten poziom napięcia zredukować, zamiast zaserwować ochrzan, karę czy też się obrazić. O ile prościej jest krzyknąć na dziecko, które po raz trzeci tego dnia wywala cały obiad z talerza na podłogę i krzyczy w czasie posiłku niż pomyśleć „Acha, pewnie jest znudzony. Od kilku dni mamy -10 na zewnątrz, do tego trujący smog i kisimy się w domu. Zaproponuję może jakąś zajmującą zabawę i oboje odetchniemy”. 

Przyznam Wam się w tajemnicy, że choć dosyć łatwo przychodzi mi teraz widzenie zachowań Sary w kategoriach Self-Reg, to gdy jestem niewyspana, a ona znowu gdzieś znajduje mój puder i ciska nim z impetem do wanny (pęknie czy nie pęknie?), to mruczę pod nosem „Self-Reg, Self-SREG” i wyrzucam młodą z łazienki bez głębszych analiz ;) 

               Zadanie dla chętnych! Przeanalizuj jakąś trudną sytuację, czy to swoją czy swojego dziecka, zgodnie z krokami 1 i 2 oraz poszukaj metod na eliminację/redukcję stresorów. Chętnie poczytam, co udało Wam się odkryć i jak to wpłynęło na Wasze/dziecka zachowanie w kolejnych podobnych sytuacjach. Miłej zabawy w detektywów!


              


poniedziałek, 19 lutego 2018



Wstęp do Self-Reg - samoregulacja w miejsce samokontroli u dużych i małych

Wielkim odkryciem, którego stopniowo dokonywałam przez kilka ostatnich miesięcy, okazała się dla mnie różnica pomiędzy samokontrolą  a samoregulacją i wyraźne korzyści płynące ze stosowania tej drugiej – zarówno dla mnie jak i moich bliskich. Taka zmiana strategii nie musi dotyczyć oczywiście  wszystkich sytuacji - zdolność do narzucenia sobie hamulca w postaci samokontroli jest również istotna, jednak jej rola bywa przeceniana i stosowana jest zbyt uniwersalnie, mimo wyraźnych szkód, jakie potrafi nieść.

Odkrycie samoregulacji oraz praca nad tym, aby potrafić ją uruchomić w reakcji na bodźce, które automatycznie generowały we mnie reakcje z obszaru tzw. silnej woli, czyli ugryzienia się w język, zmuszenia lub powstrzymania się od czegoś, naprawdę zmieniło moje życie - jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi! A tego właśnie oczekuję od wdrażania wiedzy psychologicznej w życie – aby dawało poczucie realnej zmiany i to takiej, jakiej oczekujemy po rzetelnie wykonanej nad czymś pracy.

Samokontrola to takie działania mózgu, które mają na celu założenie na nasze reakcje swego rodzaju knebla w odpowiedzi na pojawiające się emocje, impulsy i pokusy. W sytuacji rodzącej się silnej emocji, np. złości, przy stosowaniu samokontroli organizm musi więc włożyć mnóstwo energii w wytworzenie i utrzymanie reakcji antagonistycznej do niej i działać dopóki zwalczana emocja  nie zejdzie do tła.  Rozpoczyna się wewnętrzna walka, gdzie jakaś część nas samych jest wrogiem innej naszej części – np.  emocja kontra zachowanie. To bardzo kosztowny proces  pożerający zgromadzone  zasoby – a im mniej zasobów, tym później trudniej zachować samokontrolę i pojawia się dobry jej kumpel – poczucie winy. Na pewno sami doskonale znacie ten schemat, który i mi nie jest obcy: jestem zmęczona – pojawia się trudna sytuacja – próbuję przez chwilę nie dać się zalewającej mnie emocji – nie daję rady – reaguję nie tak, jak bym chciała – mam wyrzuty sumienia – jestem zmęczona jeszcze bardziej  reaguję nie tak, jak bym chciała. Brzmi znajomo? Samokontrola nie wnika, samokontrola rozkazuje i ma być tak jak ona każe, bez względu na nasze odczucia. Nic dziwnego, że jej skuteczność bywa (najczęściej) wątpliwa a my często przeciążeni.

Samoregulacja natomiast zadaje pytania. Gdy dzieje się coś trudnego, namawia nas nie do natychmiastowej, bezrefleksyjnej reakcji,  ale do zadania sobie kilku pytań. Dlaczego teraz takie uczucie mi się pojawiło? Dlaczego akurat takie a nie inne? Jakie jest źródło moich zachowań, myśli i emocji, które wysysają ze mnie energię, których tak nie lubię? Samo ich pojawienie się stanowi sygnał, że jesteśmy przeciążeni – w różnych obszarach naszego funkcjonowania (biologicznym, emocjonalnym, społecznym…) nazbierało się zbyt wiele trudnych kawałków (autor książki „Self-Reg” nazywa je stresorami) i potrzebujemy regeneracji. Często samo rozpoznanie źródła naszych niechcianych reakcji bywa wystarczające do zredukowania ich, co doskonale widać w przykładzie opisanym na końcu. Samoregulacja więc to, w dużym skrócie, umiejętność regulowania naszego pobudzenia w taki sposób, który jest dla nas konstruktywny i umożliwia nam jak najlepsze funkcjonowanie. Nie jest to metoda w rozumieniu odizolowanej strategii, ale cała filozofia życia, tworzenia spokojnego i twórczego klimatu dla siebie i swojego otoczenia.

W przypadku dzieci to rodzice są ich partnerami w procesie uczenia się samoregulacji. Dzieci najczęściej mają mały dostęp do swoich stanów emocjonalnych, więc i nie komunikują ich wprost dorosłym, dlatego też wprawiony rodzic może przyjść z pomocą i wypatrywać wczesnych oznak zbyt dużego lub zbyt małego pobudzenia, które powodują destrukcyjne reakcje. U jednego dziecka oznaką przeciążenia stresorami będzie nadpobudliwość – krzyczenie, niszczenie rzeczy, niezdolność do koncentracji uwagi, u innego płaczliwość i nieadekwatny smutek, a u jeszcze innego apatia. Nasza, dorosłych, rola to wyłapywanie tych oznak i podejmowanie prób dotarcia do źródeł trudności – gdy to się uda, zazwyczaj jest już „z górki”. O pełnym cyklu pracy metodą Self-Reg napiszę innym razem.

Przedstawię Wam poniżej dwie sytuacje, których doświadczyłam i które sprawiły, że praca nad samoregulacją zafascynowała mnie.

Pierwsza historia:
Od kilku dni czułam się poirytowana, miałam wrażenie, że Sara wiecznie czegoś ode mnie chce. Odpowiadałam jej od niechcenia, wyszarpywałam każdą wolną minutę na jakieś swoje sprawy i szybko traciłam cierpliwość w czasie zabaw z nią. Usilnie stosowałam samokontrolę i mój głos wewnętrzny brzmiał tak: „Ogarnij się, jak możesz się tak złościć na własne dziecko! Zostaw ten telefon, przez ciebie i ona się domaga bawienia się komórką! Wstań i wymyśl jakąś zabawę!”. Efekt był taki, że z niechęcią wstawałam i chwilę się bawiłam, po czym wracałam do prób robienia czegoś innego, a Sarę próbowałam nakłonić do samodzielnej zabawy. Kiedy kładłam dziecko na drzemkę dopadały mnie koszmarne wyrzuty sumienia, które tylko zabierały mi energię i wcale nie inspirowały do zmiany zachowania. Pewnego dnia powiedziałam dość i zadałam sobie pytanie – co się z tobą dzieje, co tak naprawdę cię irytuje? Jaka twoja potrzeba jest niezaspokojona? I odpowiedź naprawdę mnie zdziwiła – Sara utrudnia mi kontaktowanie się ze znajomymi przez Messengera. Co nie próbuję komuś odpisać, bo kątem oka widzę wiadomości wyświetlone na ekranie telefonu, to ona zaczyna jęczeć i domagać się dostania mojej komórki. Ani nie mogę odpisać, ani się z nią sensownie pobawić. Nie spodobało mi się to, co odkryłam. Nie chciałam żeby tak wyglądały moje priorytety i w zupełnej zgodzie ze sobą usunęłam aplikacje z komórki i zdecydowałam używać jej tylko w czasie drzemek Sary. Poczułam się uwolniona, odzyskałam kontrolę i kreatywność, z zupełnie innym nastawieniem bawiłam się z dzieckiem przez kolejne dni. Czułam, że pisząc do znajomych w spokoju, bez znudzonego dziecka i dźwięczących w głowie wyrzutów sumienia, regeneruję swoje zasoby, a nie wykorzystuję do dna. Byłam też z siebie zadowolona, że tak fajnie mi z Sarą dni mijają i współpraca kwitnie jak przed kryzysem ajfonowym.



Druga historia, coś dla rodziców:
Pewnie ci z Was, którzy mają dwoje lub więcej dzieci, potwierdzą, że pierwsze próby interakcji między rodzeństwem to coś magicznego, jakiś nowy poziom doznań i wzruszeń dla rodziców. Bywa jednak i trudno. Tak też jest i u nas. Helcia jest malutka, Sara… też jest malutka, ale jednak cięższa. I mimo że przez większość czasu albo nie interesuje się Helenką albo jest dla niej słodka, miewa takie zachowania jak kładzenie się na brzuszku małej, ściskanie jej rączek czy przyciskanie głowy do jej buźki. Moje pierwsze, zupełnie nieskuteczne, interwencje polegały na próbie narzucenia Sarze samokontroli: „Zejdź z niej! Puść ją natychmiast! Saruniu, bo się zezłoszczę, … Popatrz, ona ma taki mały brzuszek, bla bla…” – jak grochem o ścianę. Zdarzało mi się z tej bezsilności również krzyknąć (może ze dwa razy, kto zna Sarę ten wie dlaczego ;) ). Wszystko na nic. W końcu poszłam po rozum do głowy i przyjrzałam się dokładnie tym sytuacjom w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie - o co tu chodzi? Spytałam siebie o okoliczności, w jakich to zachowanie się pojawia. Okazało się, że najczęściej Sara dokucza Helence wtedy, gdy są z nami osoby trzecie, gdy jest zmęczona lub znudzona, gdy nie może się czegoś doczekać, gdy stoję nad nią i powtarzam, że ma przestać – jednym słowem, gdy jej pobudzenie wzrasta do poziomu, z którym nie potrafi sobie sama poradzić, to znaczy nie potrafi tego poziomu obniżyć. Stoję więc nad nimi, strofuję, a pobudzenie (napięcie) rośnie i rośnie, przez co Sara ściska rączkę małej mocniej i mocniej… i tak do wybuchu, mojego lub jej. Znacie to? Przypominacie sobie sytuacje, gdy w dobrej wierze doprowadzaliście do regulacji pobudzenia u dziecka w górę zamiast w dół? Co więcej, gdy dziecko (i człowiek w ogóle) jest przeciążony jakimiś bodźcami, nie potrafi przetwarzać żadnego logicznego tłumaczenia, nie jest też w stanie się skontrolować na tyle, na ile by potrafiło w optymalnym swoim stanie. Koniarze potwierdzą – nie ma sensu dyscyplinowanie konia, który ciągle w tym samym miejscu na ujeżdżalni się czegoś boi i płoszy zaburzając przebieg treningu – najpierw „temu koniu” trzeba pomóc w samoregulacji, a dopiero potem na spokojnie „pogadać” o strasznej taczce stojącej w rogu hali J Wracając do Sary, to co poskutkowało to… odchodzenie od niej i od Helci i zajmowanie się swoimi sprawami. Moja obecność, moja ingerencja potęgowała w Sarze stres i wywoływała niechciane zachowanie. Męczenie Helki to była jej komunikacja ze mną – mamo, nudzi mi się/chcę spać/jeść. Po minucie, gdy już w Sarze dochodziło do samoregulacji, mogłam zawołać ją do siebie, zacząć rozmowę na jakiś temat, zająć zabawą. Trudne, powtarzające się uparcie sytuacje zostały niemalże wymazane z naszej codzienności, a gdy się zdarzają traktuję je jako sygnał do udzielenia pomocy a nie złośliwe czy wrogie zachowanie dziecka.
Bardzo trudno było mi wyłuszczyć z całej teorii Self-Reg sam tylko podział na samokontrolę i samoregulację – jest w niej tyle fascynujących wątków, że chciałoby się pisać od razu wszystko. Tak się nie da, oczywiście, dlatego na pewno do kolejnych niuansów będę wracać!

Jak wspierać współpracę dzieci w rodzeństwie i w grupie – obserwacje i praktyka

                 W poniższym wpisie chciałabym podzielić się z Wami moimi obserwacjami dotyczącymi interakcji dwójki lub większej liczby...