Wstęp do Self-Reg - samoregulacja w miejsce samokontroli u
dużych i małych
Wielkim
odkryciem, którego stopniowo dokonywałam przez kilka ostatnich miesięcy, okazała
się dla mnie różnica pomiędzy samokontrolą
a samoregulacją i wyraźne korzyści płynące ze stosowania tej drugiej –
zarówno dla mnie jak i moich bliskich. Taka zmiana strategii nie musi dotyczyć
oczywiście wszystkich sytuacji - zdolność
do narzucenia sobie hamulca w postaci samokontroli jest również istotna, jednak
jej rola bywa przeceniana i stosowana jest zbyt uniwersalnie, mimo wyraźnych
szkód, jakie potrafi nieść.
Odkrycie
samoregulacji oraz praca nad tym, aby potrafić ją uruchomić w reakcji na
bodźce, które automatycznie generowały we mnie reakcje z obszaru tzw. silnej
woli, czyli ugryzienia się w język, zmuszenia lub powstrzymania się od czegoś,
naprawdę zmieniło moje życie - jakkolwiek górnolotnie to nie zabrzmi! A tego
właśnie oczekuję od wdrażania wiedzy psychologicznej w życie – aby dawało
poczucie realnej zmiany i to takiej, jakiej oczekujemy po rzetelnie wykonanej
nad czymś pracy.
Samokontrola
to takie działania mózgu, które mają na celu założenie na nasze reakcje swego
rodzaju knebla w odpowiedzi na pojawiające się emocje, impulsy i pokusy. W
sytuacji rodzącej się silnej emocji, np. złości, przy stosowaniu samokontroli
organizm musi więc włożyć mnóstwo energii w wytworzenie i utrzymanie reakcji
antagonistycznej do niej i działać dopóki zwalczana emocja nie zejdzie do tła. Rozpoczyna się wewnętrzna walka, gdzie jakaś
część nas samych jest wrogiem innej naszej części – np. emocja kontra zachowanie. To bardzo kosztowny
proces pożerający zgromadzone zasoby – a im mniej zasobów, tym później trudniej
zachować samokontrolę i pojawia się dobry jej kumpel – poczucie winy. Na pewno
sami doskonale znacie ten schemat, który i mi nie jest obcy: jestem zmęczona –
pojawia się trudna sytuacja – próbuję przez chwilę nie dać się zalewającej mnie
emocji – nie daję rady – reaguję nie tak, jak bym chciała – mam wyrzuty
sumienia – jestem zmęczona jeszcze bardziej
reaguję nie tak, jak bym chciała. Brzmi znajomo? Samokontrola nie wnika,
samokontrola rozkazuje i ma być tak jak ona każe, bez względu na nasze
odczucia. Nic dziwnego, że jej skuteczność bywa (najczęściej) wątpliwa a my często
przeciążeni.
Samoregulacja
natomiast zadaje pytania. Gdy dzieje się coś trudnego, namawia nas nie do
natychmiastowej, bezrefleksyjnej reakcji, ale do zadania sobie kilku pytań. Dlaczego
teraz takie uczucie mi się pojawiło? Dlaczego akurat takie a nie inne? Jakie
jest źródło moich zachowań, myśli i emocji, które wysysają ze mnie energię,
których tak nie lubię? Samo ich pojawienie się stanowi sygnał, że jesteśmy
przeciążeni – w różnych obszarach naszego funkcjonowania (biologicznym,
emocjonalnym, społecznym…) nazbierało się zbyt wiele trudnych kawałków (autor
książki „Self-Reg” nazywa je stresorami) i potrzebujemy regeneracji. Często
samo rozpoznanie źródła naszych niechcianych reakcji bywa wystarczające do zredukowania
ich, co doskonale widać w przykładzie opisanym na końcu. Samoregulacja więc to,
w dużym skrócie, umiejętność regulowania naszego pobudzenia w taki sposób,
który jest dla nas konstruktywny i umożliwia nam jak najlepsze funkcjonowanie.
Nie jest to metoda w rozumieniu odizolowanej strategii, ale cała filozofia
życia, tworzenia spokojnego i twórczego klimatu dla siebie i swojego otoczenia.
W przypadku
dzieci to rodzice są ich partnerami w procesie uczenia się samoregulacji.
Dzieci najczęściej mają mały dostęp do swoich stanów emocjonalnych, więc i nie
komunikują ich wprost dorosłym, dlatego też wprawiony rodzic może przyjść z
pomocą i wypatrywać wczesnych oznak zbyt dużego lub zbyt małego pobudzenia,
które powodują destrukcyjne reakcje. U jednego dziecka oznaką przeciążenia
stresorami będzie nadpobudliwość – krzyczenie, niszczenie rzeczy, niezdolność
do koncentracji uwagi, u innego płaczliwość i nieadekwatny smutek, a u jeszcze
innego apatia. Nasza, dorosłych, rola to wyłapywanie tych oznak i podejmowanie
prób dotarcia do źródeł trudności – gdy to się uda, zazwyczaj jest już „z
górki”. O pełnym cyklu pracy metodą Self-Reg napiszę innym razem.
Przedstawię
Wam poniżej dwie sytuacje, których doświadczyłam i które sprawiły, że praca nad
samoregulacją zafascynowała mnie.
Pierwsza
historia:
Od kilku dni
czułam się poirytowana, miałam wrażenie, że Sara wiecznie czegoś ode mnie chce.
Odpowiadałam jej od niechcenia, wyszarpywałam każdą wolną minutę na jakieś
swoje sprawy i szybko traciłam cierpliwość w czasie zabaw z nią. Usilnie
stosowałam samokontrolę i mój głos wewnętrzny brzmiał tak: „Ogarnij się, jak
możesz się tak złościć na własne dziecko! Zostaw ten telefon, przez ciebie i
ona się domaga bawienia się komórką! Wstań i wymyśl jakąś zabawę!”. Efekt był
taki, że z niechęcią wstawałam i chwilę się bawiłam, po czym wracałam do prób
robienia czegoś innego, a Sarę próbowałam nakłonić do samodzielnej zabawy.
Kiedy kładłam dziecko na drzemkę dopadały mnie koszmarne wyrzuty sumienia,
które tylko zabierały mi energię i wcale nie inspirowały do zmiany zachowania.
Pewnego dnia powiedziałam dość i zadałam sobie pytanie – co się z tobą dzieje,
co tak naprawdę cię irytuje? Jaka twoja potrzeba jest niezaspokojona? I
odpowiedź naprawdę mnie zdziwiła – Sara utrudnia mi kontaktowanie się ze
znajomymi przez Messengera. Co nie próbuję komuś odpisać, bo kątem oka widzę
wiadomości wyświetlone na ekranie telefonu, to ona zaczyna jęczeć i domagać się
dostania mojej komórki. Ani nie mogę odpisać, ani się z nią sensownie pobawić.
Nie spodobało mi się to, co odkryłam. Nie chciałam żeby tak wyglądały moje
priorytety i w zupełnej zgodzie ze sobą usunęłam aplikacje z komórki i
zdecydowałam używać jej tylko w czasie drzemek Sary. Poczułam się uwolniona,
odzyskałam kontrolę i kreatywność, z zupełnie innym nastawieniem bawiłam się z
dzieckiem przez kolejne dni. Czułam, że pisząc do znajomych w spokoju, bez
znudzonego dziecka i dźwięczących w głowie wyrzutów sumienia, regeneruję swoje
zasoby, a nie wykorzystuję do dna. Byłam też z siebie zadowolona, że tak fajnie
mi z Sarą dni mijają i współpraca kwitnie jak przed kryzysem ajfonowym.
Druga
historia, coś dla rodziców:
Pewnie ci z
Was, którzy mają dwoje lub więcej dzieci, potwierdzą, że pierwsze próby
interakcji między rodzeństwem to coś magicznego, jakiś nowy poziom doznań i
wzruszeń dla rodziców. Bywa jednak i trudno. Tak też jest i u nas. Helcia jest
malutka, Sara… też jest malutka, ale jednak cięższa. I mimo że przez większość
czasu albo nie interesuje się Helenką albo jest dla niej słodka, miewa takie
zachowania jak kładzenie się na brzuszku małej, ściskanie jej rączek czy
przyciskanie głowy do jej buźki. Moje pierwsze, zupełnie nieskuteczne,
interwencje polegały na próbie narzucenia Sarze samokontroli: „Zejdź z niej! Puść
ją natychmiast! Saruniu, bo się zezłoszczę, … Popatrz, ona ma taki mały
brzuszek, bla bla…” – jak grochem o ścianę. Zdarzało mi się z tej bezsilności
również krzyknąć (może ze dwa razy, kto zna Sarę ten wie dlaczego ;) ).
Wszystko na nic. W końcu poszłam po rozum do głowy i przyjrzałam się dokładnie
tym sytuacjom w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie - o co tu chodzi? Spytałam siebie
o okoliczności, w jakich to zachowanie się pojawia. Okazało się, że najczęściej
Sara dokucza Helence wtedy, gdy są z nami osoby trzecie, gdy jest zmęczona lub
znudzona, gdy nie może się czegoś doczekać, gdy stoję nad nią i powtarzam, że
ma przestać – jednym słowem, gdy jej pobudzenie wzrasta do poziomu, z którym
nie potrafi sobie sama poradzić, to znaczy nie potrafi tego poziomu obniżyć.
Stoję więc nad nimi, strofuję, a pobudzenie (napięcie) rośnie i rośnie, przez
co Sara ściska rączkę małej mocniej i mocniej… i tak do wybuchu, mojego lub
jej. Znacie to? Przypominacie sobie sytuacje, gdy w dobrej wierze doprowadzaliście
do regulacji pobudzenia u dziecka w górę zamiast w dół? Co więcej, gdy dziecko
(i człowiek w ogóle) jest przeciążony jakimiś bodźcami, nie potrafi przetwarzać
żadnego logicznego tłumaczenia, nie jest też w stanie się skontrolować na tyle,
na ile by potrafiło w optymalnym swoim stanie. Koniarze potwierdzą – nie ma
sensu dyscyplinowanie konia, który ciągle w tym samym miejscu na ujeżdżalni się
czegoś boi i płoszy zaburzając przebieg treningu – najpierw „temu koniu” trzeba
pomóc w samoregulacji, a dopiero potem na spokojnie „pogadać” o strasznej
taczce stojącej w rogu hali J
Wracając do Sary, to co poskutkowało to… odchodzenie od niej i od Helci i
zajmowanie się swoimi sprawami. Moja obecność, moja ingerencja potęgowała w
Sarze stres i wywoływała niechciane zachowanie. Męczenie Helki to była jej
komunikacja ze mną – mamo, nudzi mi się/chcę spać/jeść. Po minucie, gdy już w
Sarze dochodziło do samoregulacji, mogłam zawołać ją do siebie, zacząć rozmowę
na jakiś temat, zająć zabawą. Trudne, powtarzające się uparcie sytuacje zostały
niemalże wymazane z naszej codzienności, a gdy się zdarzają traktuję je jako
sygnał do udzielenia pomocy a nie złośliwe czy wrogie zachowanie dziecka.
Bardzo trudno
było mi wyłuszczyć z całej teorii Self-Reg sam tylko podział na samokontrolę i
samoregulację – jest w niej tyle fascynujących wątków, że chciałoby się pisać
od razu wszystko. Tak się nie da, oczywiście, dlatego na pewno do kolejnych niuansów
będę wracać!